Młodzi, niezwykli: Adrian theBeściak
Pierwsza środa czerwca, okolice południa. Cieplutko, nawet muchy nie chcą latać. Na rzeszowski rynek doprowadziły mnie dwie młode, zgrabne dziewczyny. Grzechem byłoby nie obejrzeć się za takimi nogami! Wyżej też nie jest źle – białe T- shirty: z przodu słowa THE BEST TRIP, z tyłu znaki firmowe jakiś organizacji (partnerzy akcji czy co?). I napis – WOLONTARIUSZ. Kilkanaście osób minęło je bez słowa, ktoś odpowiedział na ich uśmiech szorstkim „nie mam czasu”. W białej puszcze pobrzękują drobne. Rozglądam się – wolontariusze roześmianym kręgiem otaczają drobnego, szczupłego, niepozornego chłopaka na wózku. „Adrian, za chwilę dwunasta!”. Chłopak odwraca się. Koniec wywiadu, koniec masażu. Trzeba ruszać.
Dziesięć! Dziewięć! Osiem! Ludzie stojący obok ratusza ustawiają się w dwu rzędach, tworząc szpaler. Siedem!Sześć! Pięć! Obok przystaje drugi wózkowicz – na oko chłopak z podstawówki. Cztery! Trzy! Ostatni uścisk mamy, dobre słowo na pożegnanie – przecież zobaczy Adriana dopiero na drugim końcu kraju! Dwa! Pełne spięcie – nerwów, mięśni; zapada cisza… Jeden! Wystartowali! Oklaski. Kilka osób biegnie za nimi. Na następnym zakręcie ostatnie uściski, zdjęcia. Dłoń podana młodszemu koledze. Dalej jadą sami – On, team w samochodzie i rowerzysta. Dokąd? Na razie przed siebie. Na długo? Dopóki starczy sił i jeszcze godzinkę. Daleko? Oj, jeszcze jak! Kilkaset kilometrów na południe pewna rodzina trzyma mocno kciuki. Za dobrą pogodę. I życzliwych ludzi na trasie. I siłę. I wytrwałość. Dziękują – Temu na Górze i temu na dole. Adrian jedzie dalej.

Adrian Beściak (ur. 19. czerwca 1995 r.) – rzeszowianin, nasz chłopak. Kiedyś – utalentowany sportowiec, na tapecie sztuki walki, medal za medalem, mistrzostwa na szczeblu międzynarodowym. 03.06.2011 – zwrot akcji o 180º. Wypadek. Jechali z kumplem na motorowerze. Nie dojechali. Kolega cały i zdrowy, Adrian trafił do szpitala z pełną listą obrażeń: uraz rdzenia kręgowego, połamane siedem kręgów kręgosłupa, kilka żeber i ręka, pęknięcie podstawy czaszki. Wojownik walczył o życie. Wygrał. Wygrał? Człowieku, a co Ty byś zrobił, gdyby wybudzili Cię ze śpiączki i powiedzieli: „Już nigdy więcej nie będziesz chodzić. Ciesz się, że żyjesz”. Chłopak się załamał – na jeden dzień. Powiedział sobie: Adrian, całe życie jeździłeś na zawody po to, by je wygrać, więc teraz czas na największe zawody, twoje życie, i musisz mieć złoto! Potem pojawił się wolontariusz z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji. Pamiętam pierwsze spotkanie z instruktorem pierwszego kontaktu, który wjechał na wózku, a właściwie wpadł na salę ze słowami: „sorry za spóźnienie, ale nie miałem gdzie zaparkować”. Byłem wtedy w szoku, jak to osoba niepełnosprawna może jeździć autem? Wtedy myślałem, że to niemożliwe, dziś sam mam prawko – wspomina. Dobra, zaczynamy od nowa, uczymy się życia od podstaw. Żeby się usamodzielnić, odciążyć mamę, uniezależnić od innych. Pomogli ludzie z FAR-u. Pomógł były trener. Pomogli znajomi. Żeby za łatwo nie było: W 2007 r. moi rodzice się rozwiedli z powodu ojca, który często nadużywał alkoholu (…) największy cios w życiu dostałem 11 lutego 2014 r., gdy mój jedyny brat, jedyny starszy ode mnie facet, z którym mogłem o wszystkim porozmawiać, popełnił samobójstwo. Powód? Sam chciałbym wiedzieć… – tak pisze o swojej historii. Dziś Adrian wpada jak torpeda na regionalne zajęcia Fundacji. Już dawno spłacił dług wdzięczności, jaki zaciągnął u tych ludzi. Teraz jako instruktor techniki jazdy na wózku daje wycisk innym w- skersom. „To taki mały terminator na wózku, instruktor dawania w kość”. Mimo to theBeściaka nie da się nie lubić. Młody, przystojny, wysportowany dwudziestolatek żyje pełnią życia, cieszy się każdą chwilą. Do domu wpada jak do hotelu. I co z tego, że nie chodzi? Że niby miałby siedzieć zamknięty w domu albo w czterech ścianach szpitalnej sali? A skąd! Studiuje, trenuje – siłownia, jazda długodystansowa, handbike. Hobby? POMAGANIE INNYM. Nie, nie żartuję. W zeszłym roku wpadł na szalony pomysł – ultramaraton na wózku, kilkaset kilometrów drogi w kilka dni, przejazd przez pół Polski z ekipą załadowaną do wozu technicznego. W czasie akcji zbiera pieniądze, które przekazuje innym wózkowiczom. Dla siebie zachowuje jedynie wyjątkowe przeżycia. W zeszłym roku kwestował na rehabilitację i leczenie 8- letniego Krystiana. Pierwsze wspomnienie? „Mokro”. No tak, lało prawie cały czas. Mimo to dojechał do Warszawy i to w nawet lepszym stanie niż samochód, który dowlókł się do stolicy ostatkiem sił zatartego silnika. Tydzień temu znów ruszył w trasę – 600 km z Rzeszowa do Suwałk. Razem z nim team nie do zastąpienia: kierowca- tragarz Damian, fotograf i „złota rączka” Adam. Przy takim wysiłku niezastąpiony Wojtek rozmasuje obolałe ramiona. Specjalistka od PR- u, Ilonka, drepcze obok na cięższych fragmentach trasy. Dalej ciężko, ale razem jakoś raźniej. Czasem na trasie dołączy jakiś sportowiec- amator czy miejscowy wózkowicz. Kurczę, dalej ciężko. Na sercu jednak dużo lżej.

Po co to wszystko? Na Podkarpaciu pozostał Kuba, 12-latek, który towarzyszył mu na starcie. Razem w rodzicami i siostrą mieszkają kątem u rodziny, w jednym pokoju na piętrze. Nie ma windy. Każdego dnia mama wnosi go po schodach i sadza na łóżku – nie ma nawet miejsca, żeby swobodnie pojeździć. Dom, który ojciec własnymi rękami buduje od kilkunastu lat nie jest jeszcze wykończony – potrzebne są podjazdy, przystosowana łazienka, niskie meble. Brakuje czasu, sił i pieniędzy. Jest jeszcze jedno ciche marzenie – łuk sportowy. Kuba na pierwszym treningu trafiał same dziesiątki i dziewiątki Chciałby trenować, ale to kosztuje – dojazdy, łuk, akcesoria. Jeśli akcja się powiedzie, kto wie – może kiedyś chłopcy przyjadą do domów z medalami z paraolimpiady – Adrian w kolarstwie ręcznym, Kuba w łucznictwie?

Więcej informacji wraz z numerem konta na: www.facebook.com/BestTripPL