Ironicznie o konkursowej formule….
20 marca 2026 r. w Krośnieńskiej Bibliotece Publicznej odbył się finał Turnieju Jednego Wiersza, do którego zakwalifikowana została rekordowa liczba uczniów naszej szkoły:
Wiktor Baran z wierszem „Miłość i nienawiść”,
Wiktor Chruszcz z wierszem „Rzeźba”,
Patryk Gamoń z wierszem „spadł mi kolczyk na posadzkę”,
Patrycja Kurasz z wierszem „Słowa”,
Amelia Piechowicz z wierszem „daj mi posiąść twoją mowę”,
Alicja Sieniawska z wierszem „Poematy dla Cesarza”,
Lena Skoczypiec z wierszem „Instrukcja obsługi ciszy”,
Rafaela Walus z wierszem „Mowa pogrzebowa”.
Jeden z uczestników konkursu – inspirowany twóczością Gombrowicza – napisał osobistą relację z tego wydarzenia, nieco ironiczną – bo choć forma konkursu jest oczywista – to jednak ocenianie poezji – nie tylko jej kształtu, przekazu – ale formy prezentacji przez autora, dla którego czasem właśnie wiersze są ucieczką od otwartego mówienia o uczuciach – wydała mu się – co najmniej kontrowersyjna….
______________________________________________________________________________________________________
Mały tłum ludzi siedział w niewielkiej sali, czekając na rozpoczęcie konkursu. Wśród nich znajdowali się różnorodni poeci i artyści oraz ich koordynatorzy rozwoju, matki i ojcowie. Gawędzili, rozprawiali, rozmawiali oraz snuli przebieg zdarzenia, które właśnie się rozpoczynało.
Zaczęło się, jak zacząć się powinno. Uprzejmości, pozdrowienia, przywitania, witali młodych i starych, tych, co są pierwszy raz oraz tych, co są raz kolejny, pisarzy i odbiorców, uczestników i jury. Trwało to i trwało, ciągnęło się i ciągnęło… Dziękowali, dziękując za podziękowania, każde dziękuję poczynało dziękczynienie za dziękuję.
Czas nie grał na moją korzyść, chciałem tylko przeczytać i wyjść. Te dwie proste czynności wraz z upływem czasu robiły się coraz trudniejsze. Przeczytać, nie myląc się i wyjść, jak gdyby nigdy się nie pomyliło. To była moja myśl przewodnia. Przeczytany został pierwszy wiersz, drugi, trzeci, czwarty… Słuchałem bacznie, podziwiałem, klaskałem, starałem się zrozumieć, do ósmego wiersza. Po nim moje skoncentrowanie drastycznie spadło. Nie dlatego, że wiersze były coraz gorsze, może nawet wręcz przeciwnie. Może za dużo słów, informacji, przenośni, rozważań i budzących się pytań w jednym momencie. Czy najlepsi kucharze nie delektują się daniami powoli? Co by taki pomyślał, gdyby miał zjeść wszystkie te dania w jednym momencie i je ocenić. Czy smaki by się nie pomieszały, czy nie weszłyby w siebie, walcząc o uznanie. Tymi myślami oddaliłem się od rzeczywistości…
Nadszedł ten czas, panował we mnie niepokój, szedłem powoli, próbując go ukryć. Przeczytałem, nie myląc się, ale czytanie to – było zwykłym czytaniem, nie jak w niektórych wcześniejszych przypadkach. Lecz nie byłem na siebie zły, nie mogłem, zabraniała mi tego jedna z moich myśli. Czy profesor historii jest na siebie zły, bo nie umie grać w kosza?
Odczytany został ostatni wiersz. Pani prowadząca oznajmiła, że rozdanie nagród rozpocznie się za godzinę. Goście przewodniczący wystrzelili jak z procy. Aż tyle, mamy swoje obowiązki do wykonania. Jeden z jury na to, że to trudne wybory i trzeba się naradzić. Drugi, że dyplomy jeszcze trzeba wydrukować. Znudzona atmosfera stała się w ułamku sekundy napięta, jakbym poczuł jej wibracje w powietrzu. Na ratunek weszła między nich pani prowadząca, mówiąc, że to szybko zleci, że drożdżówki i napoje na stole czekają. Prosiła żeby się częstować, że jak jury szybciej skończy, to i szybciej zaczniemy. Jeden z członków jury postanowił podsycić ogień, mówiąc że wyrobią się w pięćdziesięciu pięciu minutach. Może ja nie zauważyłem żartobliwego tonu, a może oni nie zauważyli jego tonu powagi, a może ich śmiech nie był śmiechem szczerym, a szyderczym. W tych dziwnych okolicznościach rozeszli się. Godzina minęła szybko, coś zjadłem, coś wypiłem, coś przeczytałem, coś oglądałem. Znowu zaczęło się wyczekiwanie, siódme miejsce, szóste, piąte… Mojego imienia brak. Czułem lekki niedosyt, mojego ulubionego wiersza z wyczytanych nie wybrali w ogóle, hańba, ale może po prostu to ja się nie znam. I po kilku zdjęciach, uściskach, pozdrowieniach, jak gdyby zapominając o wcześniejszej sprzeczności, albo umiejętnie ją kryjąc za nieszczerymi uśmiechami, dochodzili do końca. Lecz wtem ten sam przedstawiciel jury, który ogień wcześniej podsycał, oznajmił, że już nie będzie brał w tym konkursie udziału. Powodów, jak sam zapewniał, było kilka, on zaś postanowił wyjawić z nich dwa. Pierwszym było to, że nie chciał mieć na sumieniu artystów, którzy zostali niedocenieni. Drugim było to, że pisanie wiersza, a jego odczytanie to zupełnie oddzielone formy sztuki. I ogień wystrzelił. Pani prowadząca, jury, goście przewodniczący, wszyscy wstali, próbując przejąć mikrofon, próbując przejąć głos nad zgromadzonymi. Mówili, przekonywali, namawiali, zapewniali, nie pamiętam już co, bo i we mnie te dwa powody wzbudziły uśpione myśli.
Jak miałem się mierzyć z mówcami, gdy ja jestem prawie niemową… jak miałem gestykulować, gdy moje ręce drżały… Jak ocenić kogoś, kto mówi, a kogoś, kto czyta. Myśli brnęły dalej. Jak oceniają wiersze, liczą sylaby, rymy, wersy. Na co patrzą, na oryginalność, na dojrzałość, na jakość, na język, na strukturę, na budowę, na formę, na emocje, na klimat, na treść, na sens, na metafory, na porównania, na spójność, na kompozycję, na prawdziwość. Aż nagle zrozumiałem bezsensowność moich rozważań, rozważań, które nic już nie zmienią. Znudzony przedstawieniem, ubrałem garnitur, spakowałem się i wyszedłem. Wyszedłem, jak gdyby nigdy się nie myląc….
XYZ
