“Niczego zobaczyć mi tak bardzo nie dano”. O formach zwierzenia w „Mondo cane” Jerzego Jarniewicza

O tomie Mondo cane powiedziano już wiele: Jerzy Jarniewicz za ten zbiór wierszy otrzymał Nagrodę Nike w roku 2022 (nota bene, nagroda która rzadko kiedy wręczana jest za twórczość poetycką) oraz nominację do wielu innych nagród, z których najbardziej znaczącą jest nagroda im. Wisławy Szymborskiej. Ponadto poświęcono mu wiele tekstów krytycznoliterackich: pisze o niej Jakub Skurtys w czasopiśmie biBLioteka, Karol Poręba w Aktualniku magazynu “Wizje”, czy Paweł Kaczmarski na łamach “Czasu Kultury”. Wszystkie te teksty łączy przekonanie o szczególnym wymiarze wierszy jako nadzwyczaj osobistych (jedynie Jakub Skurtys o tym wspomina, natomiast niewystarczająco rozwija temat, który w rzeczywistości jest zawiły). Czy to jest prawda? Nie jestem przekonany.

Zacząć warto od tego że – fakt – tomik ma wiele wspólnego z “obnażaniem” (siebie, podmiotu, języka). Natomiast dynamika tego tomu jest bardziej nieoczywista i skomplikowana. Na przykład:

            To było to popołudnie, kiedy spadło słońce,

            właśnie to, takie złote i żywe, i żądne, że
            myślałbym, że potrwa, ale pode mną

            zrobiło się nic, jak wtedy, gdy przestajesz

            mówić i wracamy do siebie, tylko po to,

            by się wzajem przekonać, że do siebie już nic
            nie ma. Przekłuj palcem tę noc popołudniową,
            pod jej skórą musi być rój pszczół, z których

            każda może na użądlić, z których każda

            oby zrobiła to jak najszybciej.

            (To to, s. 14)

            Otwierające wiersz wersy od razu kojarzą się z romantyczną tradycją opisywania zachodu słońca (m.in. Juliusz Słowacki: “Przede mną gasisz w lazurowej wodzie / Gwiazdę ognistą…”, czy Adam Mickiewicz: “Zawstydziło się licem rubinowém zorze”). Jednak w odróżnieniu od tradycji romantycznych (gdzie słońce: płynie, przesuwa się, kojarzy się z “lekkością” i “gładkością”) tutaj, słońce spada, jest agresywne i nie wiąże się z pięknymi kolorami na niebie: staje się tu bardziej czymś, co odbiera piękno. Było: “złote, żywe, żądne”, ale gdy znika jest nagłe i przerażające “nic”. Podmiot chce wierzyć, że może jednak jest coś więcej poza nocą (stąd oksymoroniczne “noc popołudniowa”). Wierzy, że może gdyby tylko “przekuć” nocne niebo, okaże się że słońce dalej jest w zenicie. Stawia podobieństwo między nagłym i raptownym zachodem słońca a relacją romantyczną: słońce przypomina mu rozpad miłości. Mówi o miłości jednak “mimochodem”. Ujmując wiersz jako dynamiczną i spontaniczą wypowiedź, implicytnym celem nie jest miłość, a opis słońca. Konfesja wychodzi jedynie poprzez skojarzenie, i po konfesji jest nagłe asekuranckie oderwanie od podmiotu wiersza (wyrażonego w osobie pierwszej liczby pojedynczej), do adresata (stanowcze i równie nagłe “Przekłuj”). Jerzy Jarniewicz w momencie zwierzenia się, wykonuje gest odsunięcia. Miłość w tym wierszu budzi jednak inne wątpliwości: czy mowa jest o miłości realnej czy jedynie powstałej w wyobraźni, jako odpowiedź na stymulant wizualny? Podobne wątpliwości pojawiają się przy innych wierszach:

Ktoś podpatrzył: dwa beagle w zbliżeniu

na trawie, w kadrze słońce łasi się i merda.

Dwie żywe łyżeczki pod nagim niebem, “Jak my”,

słyszę. Nie, już nie my. I nie te łyżeczki.

[…] Czeka nas szum

spłoszonych liści, a potem jeszcze szelest

chowanych szybko po kieszeniach słów, i po

wszystkim. Państwo się teraz odwrócą, nie patrzą,

ściągnę buty, sierść.

(Pieska miłość, s. 11)

            Dynamika jest podobna: podmiot widzi coś, wiąże to z doświadczeniem skrajnie osobistym i “prywatnym” (beagle w trawie i spanie ze swoją dziewczyną/chłopakiem), nagłe zdystansowanie się (“Nie, już nie my”, późniejsze “chowanie słów po kieszeniach”) i gest uniku przeciw obnażeniu się (“Państwo się teraz odwrócą, nie patrzą, / ściągnę buty, sierść”). Zastanawiające jest to, że adresat ma się odwrócić, gdy podmiot zaczyna się obnażać, na dodatek zaraz po obnażeniu emocjonalnym. Czy tamto obnażenie było “innej rangi”? Czy może tamto obnażenie było w większości zsensacjonalizowanym doświadczeniem? (mimo wszystko ten wiersz opiera się na dialogu, a w dialogu często przesadzamy, generalizujemy, nie obnażamy się sensu stricto, a przede wszystkim “performujemy”) Myślę że odpowiedź na te pytania znajdziemy w innym wierszu:

Niczego tak bardzo nie pragnąłem
zobaczyć, niczego zobaczyć tak bardzo mi nie dano.

[…] Tak, to był pierwszy raz,

kiedy aż tak zapragnąłem: widzieć, zobaczyć, popatrzeć.

(Niektóre sceny mogą budzić niesmak, s. 52)

            Pierwsze co można zauważyć w tych wersach: chęć doświadczenia jakiegoś rodzaju “obnażenia” – nie obnażenie samo w sobie a chęć jego zobaczenia. To na tej osi działa cały tom: Jerzy Jarniewicz balansuje między ukazaniem, a gestem uniku. Później kontynuuje:

            Film, na który mnie, bo nie dorosłem, do kina nie wpuszczono,

            a z którego sceny przez kilka kolejnych nocy wymyślałem sobie
            przed snem, na ile tylko pozwalała mi na to
            niezapisana niczym, nieletnia wyobraźnia, próbując,

            wbrew pierwszemu w życiu niespełnieniu, rozgryźć słowa
            z plakatu, miał tytuł Mondo cane.

            (Niektóre sceny mogą budzić niesmak, s. 52)

            Te wersy budzą jeszcze większe wątpliwości co do konfesyjności tego tomu: biorąc pod uwagę że tytuł książki pochodzi z tego właśnie filmu, można się zastanowić: czy podmiot jest wobec nas szczery, czy kolejne wiersze to są przede wszystkim “sceny, które podmiot wymyślał”: tym razem nie na podstawie słów a obrazów? A może inaczej: to obrazy są wymyślonymi scenami? Tak czy siak, całe Mondo cane jest podszyte jakimś rodzajem wątpliwości co do autentyczności doświadczeń (w pewnym sensie Jerzy Jarniewicz zadaje pytanie: czy moje doświadczenie, jest prawdziwe, czy jest jedynie pewną kreacją mojego umysłu? kiedy robimy z rzeczywistości “sensację”, a kiedy faktycznie z niej zdajemy dokument? – swoją drogą te problemy odnoszą się także do filmu Mondo cane, do którego autor nawiązuje w tytule: film pretendujący do miana dokumentu słynie z kontrowersyjnych, niepokojących treści, zwanego także “kinem eksploatacji”).

            A może inaczej: zwierzenie w tym tomie jest obecne, ale na bazie psychologicznej, zwierzania się ze swoich żądz i potrzeb, doświadczenie wyrażane jest często w trybie przypuszczającym:

Podszedłbym, nos mu przetarł, w kieszeni miałem

chusteczkę. Był jednak jasny dzień, ruchliwe popołudnie,

przechodzień za przechodniem.

(Głaszczki o kształcie toporków, s. 22)

A także w konwencji snu:

Śniło mi się, że czytam w gazecie,

jaki mam poziom bilirubiny i że biorę

od miesiąca afobam

(Kwiaty dla Snowdena, s. 8)

Jerzy Jarniewicz de facto na przestrzeni całego tomu działa na zwierzeniu i dystansowaniu się od zwierzenia. Tom jest otwarty przez wiersz “Gazety miały rację: śnieg padał w całej Polsce”:

Ten śnieg jest niecodzienny,

obcy na mojej ulicy. Dopiero co przyszedł

i nie wie, jak się ułożyć na dachach

i pod dachami. Jest śniegiem do zapisania.

Przywitałbym jak gościa, ale

pruszy sucho. I mimo że odeszłaś,

sypie, jakby głodni

doczekali się chleba, chłopcy już nie musieli

kryć się pod wiaduktem, a psom

papież przetarł drogę do życia wiecznego.

(s. 3)

Ten wiersz najbardziej bezpośrednio się ściera z rzeczywistym doświadczeniem. Nie ma zdystansowania (chociaż jest tytuł, który nasuwa na jakiegoś rodzaju sensalizację), a podmiot jest zbyt zdezintegrowany żeby próbować odrzucić osobiste doświadczenie. Śnieg tutaj jest wieloznaczny: z jednej strony śnieg jako gładki i miękki (wiele głosek miękkich: ś, c, dzi, c, sz itd.) z drugiej jest zantropomorfizowany i porównany do wigilijnego gościa (“Przywitałbym jak gościa”, a także tony wigilijne wnosi “głodni / doczekali się chleba, chłopcy już nie musieli / kryć się pod wiaduktem, a psom / papież przetarł drogę do życia wiecznego”). Jest też czymś co rani, zarówno dosłownie, jak i w przenośni (bo bez “tej która odeszła”). To nietypowe połączenie instrumentacji dźwiękowej i smutku buduje ciekawy efekt rezygnacji i melancholii. Poza tym, dalej polega na pewnego rodzaju przypuszczeniu: “sypie, jakby głodni doczekali się chleba…”. Jerzy Jarniewicz, grając między psią agresją, a miękkością śniegu, pokazuje nam bardzo dużo, a mimo to wiele ukrywa: jesteśmy jak podmiot przedostatniego wiersza tomu – nie zostajemy wpuszczeni, wyobrażamy kolejne sceny. Nazwa brzmiała: Mondo cane.

Patryk Gamoń, IV A

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.